Fashion-addicted.

Wszystkie moje kumpele od dawna wiedzą, że jestem uzależniona od ciuchów, programów o modzie, zakupów – i tych w realu, i w wirtualu, i w markowych sklepach, i w lumpeksach. Właściwie, to powinnam powiedzieć szerzej – jestem uzależniona od mody i designu. A wiem, że takich dziewczyn w Polsce jest więcej.

Odkąd pamiętam miałam fisia na punkcie projektowania. Jako dziecko z wypiekami na twarzy czekałam na program o modzie, który leciał w niedzielę, na dwójce, jakoś w okolicy dobranocki. Pamiętam do dziś – w czołówce pojawiała się migawka z pokazu mody – po wybiegu paradowała modelka w kultowym już gorsecie z motocyklowym reflektorem z przodu i lusterkami po bokach. Dziś wiem, że to był projekt Thierry’ego Muglera z kolekcji haute couture na wiosnę-lato 1992 (Spring/Summer 1992) – tzw. „Motorcycle Corset”, rozsławiony za sprawą teledysku do piosenki George’a Michaela Too Funky, odświeżony w 2010 roku – zaprezentowany przez piosenkarkę B. Knowles  podczas promocji którejś z jej płyt.

Ten gorset oraz piosenka Black pt. Wonderful Life to moje najwcześniejsze i najwyraźniejsze wspomnienia związane z modą i projektowaniem. Do tego kilka ciuchów od designerów, które tata przysłał mamie z Kanady, jakoś na początku lat 90-tych, a które potem mama z namaszczeniem mi pokazywała – najlepiej pamiętam kolorową (granatowo-czerwono-musztardową w geometryczne wzory) bluzkę z jedwabiu z metką Prêt-à-porte (ciekawe, gdzie teraz jest?!) oraz wspomnienia sukni wieczorowych Alexis i Krystle z Dynastii i w mojej dziecięcej głowie wyklarowała się myśl: „chcę być projektantką mody”!  „Projektowałam” i szyłam dla moich Fleur i Barbie i chociaż nie zostałam ową projektantką mody (za to projektuję kompozyty i konstrukcje ;), to moda i design odgrywają ogromną rolę w moim życiu. Mogę śmiało powiedzieć, że kocham piękne rzeczy – ubrania, przedmioty codziennego użytku, architekturę, etc. – i próbuję się nimi otaczać :) I nie jest to bynajmniej żadna próba rekompensowania niepowodzeń (emocjonalnych?) rzeczami, czy zapełnianie pustki przedmiotami, jak to próbują czasami tłumaczyć pseudo-psychologowie. Zwyczajnie lubię piękne i nietuzinkowe przedmioty. To potrzeba estetyki.

20130113_motorcycle_corsetEmma Sjöberg (1992) & Beyoncé Knowles (2010); Thierry Mugler Motorcycle Corset
[fot. realquestionsoflife.blogspot.com]

Z modą, tą dawną, najdawniejszą, zapoznawałam się przeglądając godzinami  albumy malarstwa rodziców. Wpatrywałam się w suknie średniowiecznych, renesansowych, barokowych dam. Oczywiście największe wrażenie robiły na mnie krynoliny i gorsety (z przyjemnością kilka tych moich ikon z dzieciństwa oglądałam później w Galerii Ufizzich, czy Prado). Te fascynacje z dzieciństwa oraz późniejsza fascynacja stylistyką subkultury gotyckiej, czy bluleską, sprawiły, że zaczęłam zbierać prawdziwe (i te mniej prawdziwe) gorsety, interesować się ich historią, wzorami i technologią wytwarzania; przez jakiś czas byłam administratorem forum o gorsetach na jednym z międzynarodowych portali poświęconych kulturze/muzyce alternatywnej. Tam poznałam między innymi SnowBlack, która obecnie jest jedną z najzdolniejszych i najsłynniejszych gorseciarek w Polsce, jeśli nie na świecie.

Jednocześnie śledziłam świat wielkiej mody, co było znacznie trudniejsze, póki nie miałam swobodnego dostępu do stałego łącza internetowego (a kanał f.tv jeszcze nie istniał). Z racji sympatyzowania z klimatami gotyk/metal/doom, za najbliższych memu sercu naturalnie uznałam Johna Galliano – za jego koronkowe mroczne, często demoniczne, zawsze odważne kreacje, a później Alexandra McQueena, Michaela Korsa i Marca Jacobsa – za ich projekty pełne czerni, skóry, ćwieków, łańcuchów, tiulu, za gorsety i buty na koturnach – wszystko to, co uwielbiałam i dalej uwielbiam. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie kolekcja Haute Couture Johna Galliano dla Diora na sezor jesień-zima 2005/2006 (Fall/Winter 2005/06), w której pojawiały się suknie na krynolinach, gorsety, kapelusze z ptakami i nawiązania do świętych obrazków z Matką Boską z promieniejącą aureolą. Wpatrywałam się w zdjęcia z tego pokazu godzinami. Dodatkowo, miłym dla mnie akcentem był udział w pokazie polskiej modelki – Janety Samp (w tym samym czasie w pokazach Haute Couture, nieznana wtedy jeszcze w Polsce, Anja Rubik występowała u konkurencji: Chanel, Elie Saab, Valentino).

20130113_galliano_fw_2005_2006
John Galliano dla Christian Dior, Haute Couture Fall/Winter 2005/2006
[pixelatedrunway.wordpress.com]

20130113_galliano_fw_2005_2006_samp
Janeta Samp podczas pokazu Johna Galliano
dla Christian Dior, Haute Couture Fall/Winter 2005/2006
[pixelatedrunway.wordpress.com]

Tymczasem w Polsce, jeśli chodzi o świat mody, to wiele się nie działo. Pamiętam, że pierwsze lody przełamywał Arkadius, ze swoimi marynarkami ze stębnowaniami i eksponowanymi fastrygami, ale o nim jakoś szybko ucichło. Potem, co jakiś czas,  pojawiały się (i znikały) nowe nazwiska… Do dziś pośród polskich projektantów właściwie szaleję tylko za jedną, jedyną osobą – Evą Minge. Kibicuję jej od słynnych Hiszpańskich Schodów, do dzisiaj. Jest boska i – jak sama przyznaje – kosmiczna ;) Podobają mi się też niektóre projektu Gosi Baczyńskiej. A reszta? Ich twórczość to zupełnie nie moja bajka, chociaż oczywiście życzę im samych sukcesów.

Jeśli natomiast chodzi o tę moją bajkę i mój modowy smak, to na pewno wpłynęli na niego styliści serialu „Sex in the city”, zwłaszcza Patricia Field, która kreowała wizerunek Carrie Bradshaw (i raczej nie jestem w tym odosobniona) – do dziś sięgam po inspirację do tego serialu, a czasami lubię sobie zwyczajnie popatrzeć na ciuch Carrie. Są fantastyczne. Po pierwszej fascynacji wielkimi nazwiskami, zaczęłam zwracać uwagę, poznawać i doceniać te trochę mniej znane, aczkolwiek bardziej dostępne dla szarego człowieka – m.in. Brytyjkę Karen Millen, Amerykankę (Nowojorczankę!) Donnę Karan, miałam fioła na punkcie platform z kamyczkami Sonii Rykiel. Karen Millen chyba najbardziej słynnie z sukni na czerwony dywan, ale jej „normalne” ubrania „dla ludu” są także bardzo eleganckie i świetnie skrojone – zwłaszcza wizytowe sukienki o ołówkowych spódnicach i dopasowanych gorsetach z niesamowitymi, geometrycznymi zakładkami i marszczeniami. O Karen Millen jeszcze napiszę, zwłaszcza w kontekście niedawno otwartego w Galerii Mokotów jej sklepu. Donna Karan ze swoją marką DKNY podbiła polski rynek perfumami „Delicious” w specyficznym flakonie w kształcie jabłka (NY!), a Sonia Rykiel objawiła się Polkom kilka lat temu dzięki limitowanej kolekcji dla sieci H&M – o fenomenie kolekcji projektowanych dla sieciówek, też chcę później napisać!

No właśnie. Dlaczego zaczęłam tego bloga? Bo chcę pisać o tym, jak młode Polki, które nie zarabiają tysięcy dolców i których nie stać (tak jak Amerykanek, czy nawet Francuzek) na buty za 300 $, które nie mają w swoich miastach sklepów z wielką modą (najbliższy sklep Diora w Berlinie, a Louisa Vuitton’a – w Pradze), radzą sobie ze soja miłością/uzależnieniem  od/do mody i – co najważniejsze – dają radę i wyglądają super! Dzięki wyprzedażom, dzięki sklepom internetowym, lumpeksom, aukcjom; dzięki temu, że mają świetne wyczucie stylu, dzięki temu że śledzą światowe trendy, itd. Chcę pisać o modzie przez pryzmat Polski i Polek i z własnego punktu widzenia. I chcę się podzielić wiedzą o modzie i ogólnie designie, którą już mam.

Zatem zapraszam do zaglądania. I do dzielenia się swoimi przemyśleniami, pomysłami, itd. Bo sama tak naprawdę wiem niewiele, za to wiem, że gdzieś obok są takie same dziewczyny, jak ja – które marzą o prawdziwych szpilkach Louboutina, ale na razie noszą Ryłko z czerwoną podeszwą, a w Zarze kupiły torebkę inspirowaną tą wymarzoną, od Bottegi Venety.
Niech Moda będzie z Wami! J.J.

2 odpowiedzi do “Fashion-addicted.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Uwaga. Uprzedzam z góry, że wszystkie komentarze zawierające treści obraźliwe, reklamy, spam, trolling i hejty, będą usuwane.